Wydarzenia Halsowanie U Bezana Żaglokultura Żaglopodróże Sylwetki
Debiuty Korespondenci Galeria Pogoria Linki Home

 

i gościnnie Bramreja

 

 

 

POL 4916 S/Y Opti, jacht z Dąbrowy Górniczej.

Londyn 31.01.2014.

 

 

 

Dziś już dokładnie nie pamiętam, kiedy to Klub Sportów Wodnych Fregata, wpisał się w historię jachtu Opti?! Czy był to początek roku 2001, czy może końcówka 2000? Niemniej jednak, było to tak!

Jak o tym już wielokrotnie pisałem, sukces KSW Fregata, był w dużej mierze zasługą kapitana Jana Watrobińskiego. Prawdą jest, że Jan Watrobiński, nigdy nie zajmował w klubie roli pierwszoplanowej. Unikał publicznych przemówień, pozycji i miejsca w zarządach, czy wystąpień w mediach. Sam określał się, jako człowiek mało medialny. Ja natomiast chciałbym stwierdzić, że jest on za to niesamowicie skuteczny w działaniu. Jego rady i bardzo surowe oko, wyrobiło u mnie dbałość o dopracowywanie w szczegółach realizowanych zadań. Niezależnie czy były to działania organizacyjne w czasie kursu żeglarskiego, czy zaplatanie fałów na Trenerze. Zresztą „John Silver”, jak potocznie i troszkę za jego plecami, nazywaliśmy Jana Wątrobińskiego, człowiekiem łatwym nie jest! To typ osoby, która w życiu sporo widziała, wiele przeszła, a niewiele spraw może ją jeszcze zaskoczyć. Nie jest to facet, z którym można pogadać o przysłowiowej „Dupie Marynie”, wychylając przy okazji kolejne piwo. W przypadku Jana rozmowa jest konkretna, mało w niej ubarwień i romantyzmu. Osobiście często złościłem się na Jana, że mnie się czepia, a innym pobłaża. Bo rzeczywiście tak było! Dziś myślę, że miało to swój ukryty cel, który zupełnie niedawno zacząłem rozumieć. Należy jednak sprawiedliwie dodać, że Jan Wątrobiński, jest człowiekiem ciepłym i pełnym swoistego humoru. Czym diametralnie różni się od Komandora Andrzeja Malinowskiego.

Którejś soboty w klubie Fregata, dało się słyszeć charakterystyczne klekotanie zaworów wysłużonego Mercedesa! O zatem John Silver, zajechał! Szybki przegląd sytuacji w campingu, klar i woda na kuchenkę. Kapitan Jan był częstym gościem w domku nr 4 na Ośrodku Dąbrowskich Wodociągów. Szara kurtka, dżinsowe spodnie, granatowa żeglarska czapka i srebrne włosy z pod niej wystające. Zaraz w drzwiach stalowym wzrokiem ocenił stan obecnych i przebieg piątkowej nocy! Kawa pojawia się na stole, atmosfera robi się ciepła, przyjazna.. Mam sprawę, mówi Jan! Muszę przestawić łódkę, bo w hali coś ma być robione i koniecznie miejsce zrobić trzeba. Potrzebuje kilka silnych rąk by popchnąć, potrzymać, przesunąć! Kiedy, pytamy? Jutro, znaczy w niedziele około południa. OK! Na nas można liczyć kapitanie. Zabierzemy zresztą wszystkich, którzy się w klubie pokażą, więc rąk nam nie braknie.

To, że Wątrobiński buduje jacht, kilka razy pojawiło się w rozmowach. Nikt jednak z nas nie widział tej jednostki. Tym bardziej nie mieliśmy pojęcia, że partnerem w całym przedsięwzięciu, jest Andrzej, którego w dość niecodziennych i nie do końca przyjemnych okolicznościach poznałem jeszcze w Hutniku.

Rankiem całkiem spora ekipa z Fregaty zameldowała się w hali przemysłowej na Tworzniu wiz a wiz Huty Katowice. Był mroźny zimowy dzień! Hydraulicznym podnośnikiem i brechami centymetr po centymetrze przesuwaliśmy ładny smukły kadłub. Był to Carter, a raczej Bonito, o ładnym kształcie i zaawansowanym stadium zabudowy. Cała operacja poszła dość sprawnie, a w rozmarzone i rozpalone głowy żeglarzy z Fregaty wkradały się obrazy otaklowanego jachtu sunącego po słonych falach, wprost ku nowej przygodzie. Niestety na to trzeba było jeszcze troszkę poczekać! I trochę popracować!

Na jakiś czas rozeszły się drogi jachtu i klubu. Owszem interesowaliśmy się tym, co się aktualnie dzieje i jaki jest postęp prac. Jednakże organizacja i budowa nowego żeglarskiego stowarzyszenia, pochłaniała ogromną część naszego wolnego czasu. Równocześnie Jan Watrobiński i Andrzej pracowali bez wytchnienia w celu zgromadzenia środków na wykończenie i wyposażenie wymarzonej jednostki. Ktoś kiedyś powiedział, że jacht, to dziura w wodzie, do której wrzuca się pieniądze!!! Nikt chyba lepiej tego nie wie, niż właśnie panowie Jan i Andrzej. Cała jednostka finansowana była z własnych funduszy, zarobionych własnymi rękami. Nikt nie dał żadnych dotacji, czy wsparcia. Potrzebna była farba, to trzeba było ją kupić! I tak ze wszystkim. Obaj dżentelmeni w kombinezonach roboczych malowali kominy fabryczne i wykonywali prace budowlano-montażowe. Spełnianie marzeń, jest dość kosztowne i bardzo pracochłonne.

W pewnym etapie prac wykończeniowych, okazało się, że dwie silne pary rąk to za mało! Potrzebna była pomoc! Kapitan Watrobiński zapytał, czy nie zechcielibyście pomóc w ramach odpływania w przyszłości?! Po raz kolejny losy morskiej łódki z Dąbrowy Górniczej, splotły się z dziewczynami i chłopakami z Fregaty. W odpowiedzi na apel Johna Silvera, kilku kolegów praktycznie przeniosło się na Tworzeń! Radek, Wojtek, Agnieszka i Urszula włożyli ogromną robotę przy pracach wykończeniowych Opti. Nudne i mozolne odpylanie, oklejanie i przygotowywanie do malowania. Klejenie mebli i wyposarzenia wnętrza. Szycie materacy. Ja coś tam załatwiałem z doskoku. Moja rola w tym dziele była raczej logistyczna i organizacyjna. Pamiętam, że załatwiałem w warsztatach specjalne naczynie do rozgrzewania i odlewania ołowiu balastowego. Niemniej żyłem tą robotą na równi z tymi, którzy z klockiem i papierem w ręku szlifowali kolejne elementy wyposarzenia.

Aga, jako spec komputerowy pomagała sporo w tej właśnie dziedzinie. Z tego, co pamiętam, przydatne było to nawet w procesie rejestracyjnym jachtu. Który nie różnił się wiele od rejestracji komercyjnego cruisera hotelowego!!! Ważnym wydarzeniem było, postawienie masztu! W zdarzeniu tym uczestniczyłem osobiście i choć było nerwowo, to całość poszła jak z płatka.

W okolicach czerwca 2001, wieczorową porą zebrała się na parkingu wiz a wiz Huty Katowice spora gromadka ludzi związanych z Optusiem. Dźwig sprawnie załadował jacht na platformę ciężarówki, by ruszyć do Gdyni. Zaraz po, wyruszył kapitan Jan i kliku kolegów obładowanych wyposarzeniem i narzędziami. Reszta prac musiała być już wykonywana na miejscu.

Nie posiadam zdjęć z wodowania! Zapewne posiadają je świadkowie wydarzenia i lubiący fotografowanie kapitan. Utkwiły mi w głowie opowieści o szalonym tempie prac wykończeniowych w Gdyni. O zmęczeniu i zasypianiu, nad rozpoczętą pracą. O pielgrzymkach do Urzędu Morskiego, malowaniu znaków, oklejaniu kół ratunkowych na pięć minut przed wizytą inspektora z UM. Wreszcie o próbach nautycznych na akwenie treningowym.

W lecie 2001 jacht już oficjalnie nazwany S/Y Opti, ruszył w swoje pierwsze komercyjne, lub raczej pół-komercyjne rejsy! Praktycznie od samego początku znakiem rozpoznawczym jednostki, stał się kawał boczku wiszący na achtersztagu! Taki swoisty sposób marynaty na wolnym powietrzu, przypomina troszkę proces wyrobu Szynki Parmeńskiej. Niemniej jajecznica na tym wysezonowanym boczku miała wyjątkowy smak i niezapomniany aromatyczny zapach. Praktycznie każda jednostka robi wrażenie ogromnej w hali, natomiast po zwodowaniu kurczy się jakby optycznie i fizycznie. Tak było i z Optusiem. Trzeba być żeglarzem by zrozumieć doświadczenia wynikające z prób ubrania spodni, na małej przestrzeni w rozchybotanej kabinie. Siniaki i obicia potwierdzają odbycie takiej praktyki! Poza tym jednym mankamentem, który chyba się nie zmieni, jacht Opti, jest fajną, ekonomiczną i sprawną jednostką o dużej morskiej dzielności. Historią, jest natomiast nieszczęsna koja podwieszona w salonie po prawej burcie! Kto na niej próbował spać wie, o co chodzi!!! Miejsce to spełniałoby kapitalną role, jako półka, ale koja?! Cóż ekonomia!

Tak czy owak, jacht ruszył na szerokie wody, a wraz z nim ruszyli nasi koledzy i koleżanki z Fregaty! Zaczynało się prawdziwe „oranie” morza. W tradycję KSW Fregata, wpisał się zwyczaj przywożenia do klubowej świetlicy bander kolejnego kraju zaliczonego pod żaglami. Wiele z tych flag, przywieźli żeglarze z wypraw na jachcie Opti właśnie. W latach 2001-2003, zawsze w sezonie nawigacyjnym ktoś z naszych członków wyruszał w morski rejs.

Agnieszka, Radek, Wojtek, byli chyba najczęstszymi gośćmi na pokładzie jednostki. Mnie również zdarzyło się pożeglować na Optim wraz z Andrzejem, jako kapitanem, Wojtkiem Jamułą, Radkiem Stachurskim, Anią Sławińską i Michałem Żakiem. Nawet Maciek Krajewski spróbował swoich sił na słonej wodzie i jak stwierdził, to” jezioro” nie bardzo mu odpowiadało! W czasie tych rejsów sporo się działo. Ja łowiłem ryby Belony na pełnym morzu. Ktoś się w kimś zakochiwał, ale z wzajemnością różnie bywało! Ktoś inny nie bardzo chciał wracać do domu po rejsie tak, że z Gdyni do Dąbrowy dotarła jedynie gitara i czarne rozmarzone oczy pewnej dziewczyny. Byliśmy młodzi, namiętność, uczucia i rozterki targały nami na równo z miłością do morza, żagli i wolności, jaką jacht Opti nam pozornie oferował.

W życiu tak już się układa, że sukcesy zawodowe nie idą w parze z sukcesami w żeglarstwie. Tak to jest niestety w moim przypadku. Sezony 2002 i 2003, były dla mnie okresem bardzo ciężkim, jeżeli chodzi o sprawy natury zawodowo-biznesowej. Wszystko zakończyło się katastrofalnym upadkiem mojej firmy i koniecznością szukania szczęścia zagranicami kraju. W swoim czasie opiszę te zagadnienia szerzej. Wiosną 2003 Agnieszka odbyła jeszcze jeden, ostatni krótki rejs na Optim. Ja nie miałem takiej możliwości uwiązany pracami remontowymi w domu. W lecie 2003 Agnieszka opuściła Polskę, rozpoczynając pracę w Anglii. Ja wyjechałem wiosną 2004r.

Można by powiedzieć, że na tym kończy się nasza przygoda z jachtem Opti. Niemniej i jednostka i znani nam ludzie, dawni koledzy i przyjaciele, wpisali się jeszcze raz w nasze życie. Tą relacje zamieści jednak Agnieszka. Bo choć z opowieści wiem, że niewiele z tego zdarzenia pamięta, to jednak była uczestnikiem i naocznym światkiem tych chwil!

Byłam i zaraz Wam wszystko co pamiętam opowiem :

Na wieść o tym, że Opti wraz z pogoriańską załogą przypłynie do Londynu podskoczyłam do góry z radości. Zdążyłam już zapoznać się z Londynem i choć potem przez wiele lat ciągle odkrywałam nowe, ciekawe miejsca ale w 2004 roku już mogłam być przewodnikiem po najważniejszych atrakcjach i mogłam zaoferować znajomym wycieczkę aby kilkugodzinny pobyt był jak najciekawszy i atrakcyjny. Zaraz po pracy wskoczyłam do metra i pojechałam pod London Bridge bo tam mieliśmy się spotkać, gdyż Opti, prowadzony przez kpt.Jana Wątrobińskiego wpływał oczywiście do centrum miasta. Troszkę zamieszania wynikło z powodu stanu wody na Tamizie i Opti musiał poczekać, aż rzeka przybierze na tyle aby można bezpiecznie pokonać śluzę. Oczywiście na rzece ruch stateczków turystycznych i miejsca do cumowania niewiele ale znów okazałam się użyteczna i udało mi się uzgodnić z kapitanatem portu gdzie Opti może poczekać na wejście do portu.

W tym samym dniu zaplanowana była wymiana załogi więc schodzących z jachtu zabrałam na wycieczkę po Londynie. Mając ograniczony bardzo czas postanowiłam poruszać się metrem pomiędzy stacjami Westminsteru. Londyńskie metro w sezonie to bardzo trudny środek lokomocji zwłaszcza dla osób nie znających tutejszych obyczajów czyli jeżeli nie możesz przejść to używaj łokci ale zawsze powiedz „Sorry”. Londyńczycy nie obrażają się kiedy ich szturchasz i popychasz, bo wszyscy tak robią, ale za to że nie przeprosisz. Mnie samej zajęło trochę czasu nauczenie się tej zasady. I tak w trakcie przesiadki zgubił mi się jeden z członków wycieczki (już nie pamiętam kto). Na migi pokazałam „stój i czekaj ja wrócę” i tak zrobiłam – na następnej stacji złapałam pociąg powrotny i odnaleźliśmy się razem z resztą pozostawionej na następnej stacji reszcie załogi. Ale udało się zobaczyć Westminster, Big Bena i Tower of London.

Było szybko ale fotka do pochwalenia się znajomym była. Na drugi dzień znowu pognałam na pokład Optusia. Trochę zwiedzania, kiedy jedni uzupełniali zapasy inni podziwiali Londyn a wszystko po to by następnego dnia wypłynąć znów w morze.

Tyle, że wieczorem było „pożegnanie” Londynu i mnie, z Optim i jego załogą też pogoriańską. Były śpiewy, szanty i nie tylko, napoje wyskokowe i wiele serdeczności a na koniec życzenia udanego powrotu do Polski. Obudziłam się w swoim łóżku w mieszkaniu gdzie wtedy mieszkałam i uświadomiłam sobie, że mam iść do pracy i że już jestem spóźniona. Wskoczyłam do autobusu i zadzwoniłam do pracy, że w tym Londynie to takie korki, że nie dojadę na czas. Wpadłam do hotelu, zabrałam klamoty i pobiegłam na swoją sekcje żeby … zrobić sobie kawę z lodem i pozbyć się bólu głowy. Opti odpłynął i tylko smsy wymieniliśmy jeszcze na pożegnanie, ale ból głowy pozostał ze mną aż do późnego wieczoru. Zdjęcia z tej imprezy zobaczyłam dopiero po kilku latach, kiedy to Tuśka czyli Marta Trzcionka przywiozła nam zdjęcia do Londynu kiedy była u nas na wakacjach.

Ale ja wtedy byłam szczuplutka … to była fantastyczna i niepowtarzalna wizyta a widzieć Optiego i znajome twarze z Pogorii były dla mnie bardzo miłe bo do Polski na pierwszy urlop pojechałam dopiero w następnym roku w styczniu czyli po półtora roku pobytu w UK i po pół roku od wizyty Optiego.

(gościnnie w Halsowaniu Agnieszka Bramreja Mazur)

 

Zdjęcia z Londynu pochodzą z archiwum Marty Trzcionki. pozostałe zdjęcia pochodzą z archiwum Pogoria.org